20-lecie za nami

Miesiące przygotowań, niecierpliwe oczekiwanie i… udało się, spotkanie z okazji 20 rocznicy pierwszego obozu aktywnej rehabilitacji w Polsce odbyło się.

W samo południe 15 sierpnia zjechali Aktywni z całej Polski do Lublina. Podczas uroczystej kolacji wspomnieniom nie było końca. Obejrzeliśmy też film nagrany w 1988 r. w czasie pierwszego obozu. Wielu z nas rozpoznało się na nim – choć nieco inaczej wyglądali niż dziś.

Drugiego dnia nad Zalewem Zemborzyckim walczyliśmy przede wszystkim z 4 kilometrową trasą ale też żarem płynącym z nieba – pogoda nam dopisała, choć tetra mówili coś innego 😉 Po wyścigu odbyły się zawody z pokonywania toru przeszkód – wielu z nas od czasu obozu nie wjeżdżała na drewniane podesty i progi zbyt często. Równolegle do toru przeszkód zawodnicy walczyli na torze łuczniczym.

Wygrali wszyscy!!! Ze sobą, z pogodą no i z upływającym czasem…

Po wysiłku i zmaganiach sportowych przyszedł czas na przyjemności, czyli na grilla i uhonorowanie wszystkich aktywnych gości. Nagrody i upominki wręczał sam prezes MUSI – Spółdzielni w Lublinie – nasz przyjaciel, od wielu lat wspierający aktywną rehabilitację. Mimo małych zawirowań pogodowych grillowanie trwało niemal do północy.

Niestety spotkanie szybko dobiegło końca. Biorąc pod uwagę, że w czasie pożegnania w niedzielę rano umawialiśmy się na kolejne – już niebawem – należy chyba uznać je za udane. Miejmy nadzieje w jeszcze szerszym gronie i w równie udanej atmosferze.

Dla nas, organizatorów, pewnym uznaniem jest fakt, że impreza odbiła się dość szerokim echem w całym regionie. Media lubelskie przez prawie tydzień mówiły o aktywnej rehabilitacji i obchodach 20-lecia. Pierwsza była Panorama Lubelska, wszak TVP3 Lublin wraz z Radiem Lublin objęły swoim patronatem całe nasze spotkanie. Następnie pojawiły się artykuły w Dzienniku Wschodni, Kurierze Lubelski oraz dzienniku Moje Miasto Lublin.

Dziękujemy wszystkim za spotkanie! Przede wszystkim dziękujemy uczestnikom oraz wspierającym nas: PFRON Oddział Lubelski, MUSI – Spółdzielnia w Lublinie, obsłudze Kompleksu Restauracyjno-Hotelowego RUBIKON i ośrodka GRAF-MARINA.

Do zobaczenia na kolejnych imprezach!

Mirka Bąk


Kurier Lubelski z 16.08.2008 r. | Autor: BK

Minimaraton na wózkach

Z okazji 20. rocznicy zaistnienia w Polsce aktywnej rehabilitacji dziś odbędzie się nad Zalewem Zemborzyckim minimaraton wózkowiczów i zawody sportowe na wesoło.
Lubelska grupa postanowiła zorganizować spotkanie integracyjne pierwszych uczestników obozów aktywnej rehabilitacji. – W 1988 roku do Polski została sprowadzona szwedzka metoda rehabilitacji osób po urazach rdzenia kręgowego poruszających się na wózkach. Pierwszy obóz zorganizowano w miasteczku akademickim UMCS. Tamte ćwiczenia i treningi odbiły się szerokim echem w całym mieście – mówi Artur Jurek z Grupy Aktywnej Rehabilitacji.
Importowana ze Szwecji metoda zmieniała życie osób przykutych do wózka. Jej fundamentalnym założeniem jest bowiem dążenie do usprawniania osób niepełnosprawnych poprzez systematyczne uprawianie sportu. Osoby na wózkach w świat sportu wciągają instruktorzy – też osoby niepełnosprawne, poruszające się na wózkach. – Tak jest do dzisiaj. Pokazujemy innym, jak poprzez sport można być bardziej sprawnym i samodzielnym – zaznacza Jurek.


Moje Miasto Lublin z 16.08.2008 r. | Autor: TM

Niepełnosprawni rywalizowali nad Zalewem

Czterokilometrową trasę na wózkach inwalidzkich pokonywali dziś uczestnicy spotkania integracyjnego „Zaczęło się w Lublinie – 20 lat aktywnej rehabilitacji”.
Okazją do spotkania jest 20 rocznica pierwszego obozu aktywnej rehabilitacji dla osób z urazami rdzenia kręgowego. Miał on miejsce w 1988 roku w Lublinie, na terenie miasteczka akademickiego. Niektórzy z jego uczestników spotkali się w tym roku nad Zalewem Zemborzyckim. – Jest okazja powspominać stare czasy i pooglądać filmy i zdjęcia z tamtego obozu – mówi Adam Olechowski z Lubelskiego Stowarzyszenia Aktywnej Rehabilitacji.
W tegorocznym spotkaniu wzięło udział 67 osób. 15 z nich uczestniczyło w pierwszym obozie, przed 20 laty.
– Miło się spotkać w gronie weteranów. Niektórzy się pozmieniali – mówi Mirosław Piesak z Bydgoszczy, czterokrotny medalista paraolimpijski w pływaniu. – W takim upale ciężko było pokonać trasę minimaratonu. Dawno nie przemierzyłem takiego dystansu.
Uczestnicy wyścigu pokonali dwa okrążenia o długości dwóch kilometrów na terenie ścieżek rowerowych nad Zalewem Zemborzyckim. Następnie zmierzyli się z torem przeszkód. Najlepsi zawodnicy zmagań zostaną uhonorowani podczas wieczornego spotkania przy grillu.


Moje Miasto Lublin z 18.08.2008 r. | Autor: KSZ

20 lat aktywnej rehabilitacji

70 osób z całej Polski weźmie udział w spotkaniu integracyjnym „Zaczęło się w Lublinie – 20 lat aktywnej rehabilitacji”. Spotkanie potrwa od piątku do niedzieli.
– Szwedzka metoda rehabilitacji osób po urazach rdzenia kręgowego, które poruszają się na wózkach, została wprowadzona w Polsce już w 1988 roku – mówią organizatorzy imprezy. – Jej fundamentalnym założeniem jest dążenie do usprawnienia takich osób poprzez systematyczne uprawianie sportu. Te idee realizowane są przede wszystkim na obozach, kiedy to instruktorzy – osoby niepełnosprawne – przekazują swoją wiedzę, doświadczenie i umiejętności innym uczestnikom.
Pierwszy taki obóz odbył się właśnie w Lublinie na terenie miasteczka akademickiego UMCS. Chcąc uczcić tamte spotkania, Lubelskie Stowarzyszenie Aktywnej Rehabilitacji postanowiło zorganizować imprezę integracyjno-sportową dla tych, co brali udział w pierwszych obozach.
W ramach imprezy, w sobotę uczestnicy spotkania wezmą udział w minimaratonie ścieżkami rowerowymi przy Zalewie Zemborzyckim. Maraton potrwa od godziny 11.30 do 13. Z koeli o godz. 14 rozpocznie się rywalizacja sportowa na wesoło. Zmagania potrwają do godz. 17. Impreza zakończy się rozdaniem nagród przy grillu.


Dziennik Wschodni z 18.08.2008 r. | Autor: KMO

20 lat aktywnej pomocy

Ponad 70 osób z całego kraju wzięło udział w trzydniowym spotkaniu pod hasłem „Zaczęło się w Lublinie 20 lat aktywnej rehabilitacji w Polsce”.
W sobotę, nad Zalewem Zemborzyckim rozegrano tradycyjny mini bieg maratoński, zawody łucznicze i sprawnościowe.
W dwóch konkurencjach maratonu kobiet pierwsze miejsca zajęły Stanisława Kucia i Róża Radecka, mężczyzn – Mariusz Włodarski i Piotr Adach.
Jak powiedzieli organizatorzy, naczelną ideą spotkania było pokazanie, że osoba poruszająca się na wózku inwalidzkim może dawać sobie samodzielnie radę na co dzień, pracować, realizować pasje, a nawet uprawiać sporty ekstremalne.
Uczestnicy imprezy mówili o swoich sukcesach, dzielili się wiedzą o tym, co zmieniło się przez 20 lat od pierwszego spotkania, oglądali filmy z minionych lat. Podkreślali, że tylko dzięki uczestniczeniu w obozach powrócili do aktywnego życia.

Aktywne życie po szwedzku
Pierwszy obóz dla osób po urazach rdzenia kręgowego, poruszających się na wózkach inwalidzkich zorganizowano w 1988 roku na terenie miasteczka uniwersyteckiego UMCS. Właśnie tutaj i wtedy rozpoczęto nowatorski w naszym kraju, szwedzki program usprawniania, rehabilitacji i nauczenia samodzielnego życia ludzi do tej pory zdanych na opiekę osób trzecich. Ważną rolę w tym procesie odgrywa uprawianie sportu i aktywność fizyczna.


Dziennik Wschodni z 22.08.2008 r. | Autor: Maria Kolesiewicz

Życie na czterech kółkach

Katarzyna Trok przyjechała specjalnie ze Sztokholmu, żeby choć parę godzin spędzić z ludźmi nad Zalewem Zemborzyckim.
Żeby pogadać, jak dają sobie radę w życiu, co zmieniło się na dobre albo – nie daj Boże – na gorsze. Przyjechała na zjazd z okazji 20 rocznicy Grupy Aktywnej Rehabilitacji, która sama zainicjowała
– W latach siedemdziesiątych pracowałam z pacjentami po urazach na oddziale neurologicznym w sztokholmskim szpitalu – wspomina. – Kiedyś zobaczyłam, że samodzielnie, swoimi autami przyjeżdżają do nich ludzie na wózkach. Okazało się, że reprezentują grupę aktywnej rehabilitacji. Pokazują, że można żyć normalnie. Włączyłam się w tę grupę. Pierwszy obóz. Potem zwrócił się do niej o pomoc lekarz ortopeda, rodak wykształcony w Szwecji. Chodziło o pacjenta Polaka, który miał uszkodzony kręgosłup.
– Tam lekarz nie ma oporów, żeby się przyznać, że na czymś się nie zna – uśmiecha się pani Katarzyna. – Mówi „poproszę o pomoc kolegę”, albo „idź do kogoś innego”. W Polsce najczęściej uważają, że wiedzą wszystko. To był pierwszy impuls, że trzeba takim ludziom w Polsce pokazać nasze metody rehabilitacji. W 1986 roku zaprosili na obóz do Szwecji 5 Polaków. Rok później przyjechali następni. Wychodziło to jednak dość drogo, więc…
– Wspólnie z Marzeną i Wieśkiem Kęcikami z Solidarności uradziliśmy, że lepiej będzie taki obóz urządzić w Polsce. Miasteczko Uniwersyteckie w Lublinie miało optymalne warunki: basen, zakwaterowanie, hala sportowa… wszystko na miejscu – wspomina. – Przyjechaliśmy tu w 1988 roku z instruktorami; pięcioma Szwedami na wózkach i pięcioma chodzącymi. Przywieźliśmy 35 lekkich wózków, o jakich w Polsce tylko można było pomarzyć. I tak się zaczęło. Byłem rośliną
Najlepiej działa przykład, kiedy zobaczy się na wózku kogoś, kto świetnie daje radę, nie pęka. Wie o tym doskonale Wiesiek Olechowski z Lublina. – Po wypadku 6 lat leżałem w domu – wspomina. – Myto mnie, karmiono, przewracano z boku na bok. Dla aktywnego dziewiętnastolatka to była tragedia. Byłem rośliną i miałem myśli depresyjne. Nikt mi nie powiedział, że mogę inaczej żyć.
Do dziś ma żal do lekarzy, do służby zdrowia, że nie potrafili zmobilizować go, nauczyć, pokazać, jak można dać sobie radę. Kiedyś był stereotyp – inwalida niech siedzi w domu i się nigdzie nie pokazuje.
– W ogóle nie decydowałem o sobie, tylko rodzina i lekarz – dodaje Wiesiek.
U schyłku lat osiemdziesiątych odwiedził go chłopak na wózku. Wjechał sam na pierwsze piętro po schodach. Opowiedział o sobie i rzucił na koniec: „zrób coś ze swoim życiem”.
– Pojechałem na obóz aktywnej rehabilitacji. – Tylko dzięki temu wydobyłem się z łóżka, stałem się aktywny, uwierzyłem w siebie. Podjął naukę, skończył studia prawnicze, zdał prawo jazdy, uprawia pływanie, ożenił się.
Siłą mnie zabrali
Tadeuszowi Wolszczakowi z Warszawy niedawno urodził się synek. – Dziś przyjechałem do Lublina powspominać – uśmiecha się. – Moim problemem nie jest już to, że żyję na wózku. Ale martwi mnie, że przybywa tych połamańców – mówi, widząc na obozach coraz więcej nowych młodych ludzi.
Przypomina sobie, że na pierwszy obóz aktywnej rehabilitacji zabrali go siłą, ale po turnusie był mocniejszy psychicznie, uwierzył we własne siły. – To mi dało pewność siebie – twierdzi dziś. Przez dziesięć lat był aktywnym instruktorem. Jeździł do innych i przekonywał, że trzeba nauczyć się innego życia poprzez sport, aktywność, pracę. – Żona chce mieć życie rodzinne – usprawiedliwia się z uśmiechem. – Wróciłem do pracy w zawodzie i już nie udzielam się tak czynnie, ale chciałem się spotkać z kolegami po latach.
Mówi „dzień dobry”.
– W szpitalu nikt mi nie powiedział, że nie będę chodzić – opowiada tymczasem Jadwiga Kulesza z Oświęcimia. – Zanim trafiłam na obóz minęło 2,5 roku. Gdyby nie doświadczenie, jakiego tam nabyłam, na pewno bym nie potrafiła walczyć z sukcesem o powrót do pracy.
Pani Jadwiga jest historykiem, pracuje w Muzeum Auschwitz Birkenau w Oświęcimiu. Lata przed „aktywną” wspomina jako złe. Dom nie przystosowany do wózka, nie umiała się sama ubrać, nic zrobić. Płakała.
– Na obozie w ciągu tygodnia to się zmieniło. Pokazali, że mogę zrobić wszystko.
Dziś tańczy, sama robi zakupy, jeździ samochodem, zwiedza świat. – Najgorzej było, jak ludzie się na mnie patrzyli. Gdy ktoś za długo się gapił mówiłam mu „dzień dobry” – śmieje się. – To było jak zimny prysznic.
Wciąż pamiętam
Mirek Pawłowski przyjechał z Katowic. Przed wypadkiem był alpinistą. – Właśnie szykowała się następna wyprawa, czas uciekał i bez przerwy pytałem lekarzy, kiedy będą mógł wstać z łóżka. Przez trzy miesiące. W czwartym do mnie dotarło, że nie będę chodził.
Później przychodzili go pocieszać koledzy. Każdy z flaszką. Niechętnie wspomina te niedobre lata. Mówi, że przełomem był rok 88, kiedy trafił na pierwszy obóz aktywnej rehabilitacji. Pokazali mu, że na wózku można funkcjonować.
– Nurkuję, latam motolotnią, zaliczyłem krańce wszystkich kontynentów – chwali się Mirek – Od koła podbiegunowego po Ziemię Ognistą, od wschodu po zachód. Teraz wyprawiam się szlakiem wulkanów… To nie jest tak, że rozpaczam, ale pamiętam – dodaje. – Gdy ktoś mówi, że mu dobrze, to oszukuje.
Umiem się cieszyć
A Bogusław Sondej spod Pszczyny twierdzi, że jest szczęśliwy, gdy siedzi na tarasie tylko co zbudowanego domu, patrzy, jak psy baraszkują, jak ptaki budują gniazda na drzewach, które posadził w ogrodzie. Cieszy się każdym dniem. – Miałem 17 lat, jak uległem wypadkowi. Na szczęście, rodzice kazali mi kontynuować naukę. To były trudne czasy, nie było nawet wózków ani instruktorów, którzy pokazaliby jak zadbać o siebie. A dla 17-latka konieczność z korzystania usług rodziców przy myciu i toalecie była bardzo krępująca.
Dopiero na obozie nauczył się co i jak należy robić. To był przełom w kierunku samodzielności.
Na studiach pojechał na pierwszy obóz żeglarski i zaraził się żeglarstwem. Później organizował wyjazdy dla innych. Zaczął nurkować. Jego najnowszym jego hobby jest curling. Drużynowo na mistrzostwach międzynarodowych osób niepełnosprawnych ma trzecie miejsce.
– Staram się tak żyć, żeby być szczęśliwym – mówi. – Nie praca, nie pieniądze są najważniejsze. Trzeba umieć się cieszyć tym, co się ma.
Bez taryfy ulgowej
Z domu w lubelskiej dzielnicy Czuby nad Zalew Zemborzycki Przemek Firlej jedzie wózkiem 35 minut.
– Staram się właśnie o pracę w Orange – mówi. – Czeka mnie rozmowa kwalifikacyjna. Od dwóch lat jeżdżę na czterech kółkach – żartuje. – Skończyłem studium policealne. W szkole i na studiach nie było taryfy ulgowej. Ja też nie lubię protekcji.
Mówi, że już w szpitalu przyjechali do niego ludzie z Grupy Aktywnej Rehabilitacji. Pojechał na obóz, gdzie – jak się śmieje – ćwiczyli go ostro. Bał się, że sobie nie poradzi, ale było świetnie, dużo się nauczył. Teraz jest samodzielny.